Relacja z gali KSW 19

Jesteśmy dwa dni po dziewiętnastej, wyjątkowej pod kilkoma względami, gali Konfrontacji Sztuk Walki. Emocje, których dostarczyli nam zawodnicy i organizatorzy zostaną na długo w pamięci, a walka o której szeroko mówią gospodynie domowe na przemian z hardkorowymi fanami skutkuje poważnym bólem gardła i obolałymi dłońmi od oklasków. Zacznijmy jednak od początku…

In the begining it was darkness

Gala zaplanowana była na godzinę 20, a rozpoczęła się z niespełna czterdziesto-minutowym opóźnieniem. Winny całej sytuacji był sprzęt wozu transmisyjnego z którym na szczęście ostatecznie się uporano. Publiczność w Atlas Arenie zaczęła niecierpliwić się w okolicach piętnastej minuty i gdy gwizdy zaczynały świszczeć w moich uszach, neutralizowały je okrzyki grupy kibiców, którzy mocno wierzyli, że jedynym klubem w Łodzi jest ŁKS 🙂 W końcu nastąpiło upragnione otwarcie, które śmiało i bez zbędnego narzekania można uznać za bardzo fajne. Pasująca klimatem muzyka, odpalony w całości ekran z wizualizacjami (który do tej pory działał na 40%), światła i mocne nagłośnienie sprawiło, że już na samej prezentacji zawodników nikt nie pamiętał o tym, że czekał 40 minut na rozpoczęcie.

Serce waliło jak dzwon

Walki od pierwszej do przedostatniej dostarczyły ogromnych emocji. Pisząc w relacji z MMA Attack 2, że nasi kibice dojrzeli do MMA nie pomyliłem się ani trochę. W Atlas Arenie fani również potrafili docenić świetną walkę w parterze czy obalenie. Gwizdy pojawiały się tylko podczas walki Antka Chmielewskiego, jednak z zupełnie innego niż sportowy, powodu. Naruszczka z Mańkowskim poza tym, że powinni walczyć 3 rundy, dali świetny impuls na starcie i po dwóch ciekawych, przekrojowych rundach Borys wygrał większościową decyzją. Bardzo szybko zakończyło się historyczne w KSW starcie kobiet, gdzie Marta Chojnoska poddała w 45 sekund balachą z bocznej Paulinę Suską. Walka Aslambeka Saidova z Grigorem Aschugbabjanem również zakończyła się przez poddanie w pierwszej rundzie. Po początkowych badawczych minutach w stójce, gdzie Grigor spróbował firmowej obrotówki i kilku innych nieskutecznych kopnięć, Czeczen obalił swojego przeciwnika i przeszedł do pozycji bocznej, gdzie w końcówce rundy zapiął kimurę, którą Aschugbabjan musiał odklepać. W następnej walce Antek Chmielewski ku zaskoczeniu wielu ekspertów bardzo dobrze radził sobie z Mattem Horwichem i pewnie wygrał pierwsza rundę. W drugiej jednak nie było już tak dobrze i jedynie ostatkiem sił dotrwał do końca. Sędziowie zarządzili dogrywkę, gdzie zdecydowanie więcej paliwa w baku miał Amerykanin. Zasypując Polaka ciosami w parterze zmusił sędziego do interwencji i wygrał przez TKO. Walka wieczoru to na pewno, walka roku też wysoce prawdopodobne (mimo, że mamy dopiero jego połowę), czy najlepsza walka w historii polskiego MMA? Czas pokaże. Jednak, nikt chyba nie ma wątpliwości, że wojna Michała Materli z Jayem Silvą mogła podnieść z krzesła nawet prezentera wiadomości. Emocje których dostarczyli obaj zawodnicy narastały powoli przez pierwszą część walki, tak by sięgnąć zenitu w drugiej rundzie, gdy Michał najpierw padł po prostym kopnięciu na kolano, a następnie wstał, przetrwał nawałnice ciosów i wykorzystał błąd rywala dominując go w parterze. Trzecia runda to walka z kontuzją kolana, przymkniętym od ciosów okiem i Jayem Silvą, który chyba sam zwątpił w to, że jest w stanie zatrzymać Berserkera. Celne ciosy w stójce, obalenie, ciągła praca i ostateczna decyzja sędziów po której cała hala wybuchła w euforii. Głośne “Cipek, Cipek!” niosło się po Łodzi podczas całej walki, a Cipek nie zawiódł i zdobył pas kategorii średniej! Przed walką w wywiadzie mówił o zmianie ksywki na “Magic”, ja proponuje Michał “Machine” Materla 🙂 Organizatorzy nie dali kibicom zbyt długo odpocząć bo chwilę po emocjach związanych z walką mistrzowską do ringu przy tradycyjnym hicie z czeczeńskich dyskotek wychodził Mamed Chalidow. Luz, spokój, szybkość, nieprzewidywalność to cechy z którymi musiał zmierzyć się Rodney Wallace. Nie mierzył się długo bo 1.55 to oficjalny czas nokautu, który widziała cała Polska. Nokautu, który potwierdził tylko to co wszyscy już wiedzieli, dla Mameda nie ma już rywali poza UFC. Dlatego też, w rozmowie z Mateuszem Borkiem zawodnik Arrachionu Olsztyn potwierdził, że chce mierzyć się z najlepszymi w Stanach. Ostatni pojedynek gali to lanie jakie zafundował Mariusz Pudzianowski Bobowi Sappowi, który tradycyjnie już od długiego czasu przyjeżdża jedynie po wypłatę. Emocji nie za wiele, bo niestety chyba nawet organizatorzy spodziewali się takiego rozstrzygnięcia. Z drugiej strony, może to i dobrze bo moje serce, które waliło jak dzwon przy poprzednich pojedynkach mogłoby nie wytrzymać.

Wygrało MMA

Jak podaje portal MMARocks.pl powołując się na badania AGB Nielsen Media Research, walkę Mameda oglądało więcej osób niż Mariusza Pudzianowskiego. Te same badania mówią o tym, że średnia oglądalność gali sięgnęła niespełna 3,5 miliona widzów by w momencie gdy Czeczen gasił światło Wallace’owi dobić do 4,5 miliona. Wyniki choć orientacyjne, to jednak pokazują, że blask gwiazdy jaką jest Mamed przyćmił nieco Mariusza Pudzianowskiegom, to dobrze. Bo tacy zawodnicy jak Chalidow, Materla czy w przyszłości Mańkowski powinni przyciągać miliony telewidzów i wypełniać hale, a nie byli strongmeni, kulturyści czy pożal się Boże bokserzy. Nie umniejszając niczego Pudzianowi, który jest bardzo pracowitym sportowcem i bez którego MMA u nas w kraju na pewno nie rozwinęło by się tak błyskawicznie jak przez ostatnie 2,5 roku, to muszę przyznać, że sytuacja w której to prawdziwi zawodnicy elektryzują i porywają publiczność odpowiada mi znacznie bardziej.